Jan Furtok

Zwykło się kiedyś mówić, że naj­większe sportowe talenty trafiają się w rodzinach najbiedniejszych. Właśnie tak było w przypadku Jana Furtoka.

Znakomitego napastnika, który nie dość, ie na kopaniu piłki zrobił majątek, to jeszcze potrafił go nie roztrwonić. Furtok pochodzi z bardzo ubogiej, wie­lodzietnej rodziny, jakich jest wiele na Górnym Śląsku. Dorastał w ciasnym mieszkaniu w typowym śląskim familoku w katowickiej Kostuchnie. Ciasnym, bowiem w pokoju i kuchni musiało egzystować dziewięcioro dzieci z wychowującą dziatwę matką – Łucją Furtok.

 

Ojciec górnik zginał w kopalni „Murcki I”, gdy Janek miał zaledwie pół roku. W domu się nie przelewało. Mały brzdąc nieraz zbierał żelastwo na złomowisku czy też roznosił węgiel po sąsiadach po to, by zarobione grosze oddać matce na kupno chleba. Dzieciństwo dało mu solidnie w kość. Ale nauczyło też sprytu i wytrwałości. Gdy Janek spostrzegł, że sprawiające mu największą radość kopanie piłki może popra­wić byt, nie miał wątpliwości co będzie robił w przyszłości. Zdecydował się na futbol i to był jego najcelniejszy strzał…

Od dzieciństwa, w każdej drużynie był napastnikiem – był szybszy od innych, walczył do końca, nie tracił głowy pod bramką. Po grze w małym klubiku w ro­dzinnej Kostuchnie (gdzie wrócił po za­kończeniu kariery), przeniósł się do GKS Katowice. Silnego pierwszoligowego klubu, w którym wypłynął na szerokie wody.
W katowickim ataku, w którym najlepiej współpracował z Markiem Koniarkiem i Mirosławem Kubisztalem, strzelał na tyle dużo goli, że aż trzykrotnie zostawał wicekrólem strzelców ekstraklasy (najlepszy wynik – 18 goli w sezonie 1987/88). Warto wspomnieć,że były to czasy,gdy w Polsce nie działał żaden legalny bukmacher a jedyną możliwością typowania meczów była kolektura Totolotka. Trafił też do reprezentacji Polski, do tego w skład kadry udającej się na finały MŚ w Meksyku 86, gdzie zagrał raz, w pożegnalnym meczu z Brazylią (0:4).
Mimo wielu przyzwoitych ligowych i reprezentacyjnych meczów długo jednak nie stawał się postacią pierwszoplanową. Uważano go coraz częściej za zawodnika, który może i strzela bramki, ale tylko w meczach bez stawki. Nie wróżono mu zatem wielkiej przyszłości, czemu zresztą długo winien był i sam zawodnik. Tak wspominał kiedyś swoje początki:

„Wyszalałem się w młodości. W Katowicach za kołnierz nie wylewałem. Dyskoteki rów­nież nie były mi obce. Nie ukrywam, że lubiłem sobie pohulać. Cóż, błędy młodo­ści. Musiałem przez to przejść. Były dyskwalifikacje, inne kary… „

Jan Furtok zmienił się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy jesienią 1988 roku przeszedł do Bundesligi, do sławnego z gry w jego barwach m. in. Keegana i Beckenbauera – Hamburgera Sport Verein za 1,6 min marek
W HSV pamiętano jeszcze popisowe mecze innego Polaka, Miosława Okońskiego i tego samego oczekiwano od Furtoka. Nie zawiódł. Jego szybkość okazała się największym atutem.

Wiosną 1991 roku kapitanowie wszystkich drużyn wybrali go nawet „Piłkarzem Miesiąca” Bundesligi, kie­dy w odstępie kilku dni Strzelił Eintrachtowi Frankfurt i Hercie Berlin po trzy gole. W tamtym to sezonie łącznie zdobył aż 20 goli, życiowy rekord i tylko jednej bramki zabrakło mu do Rolanda Wohlfartha z Bayernu Monachium i tytułu króla strzel­ców ligi niemieckiej. I tak został jednak wybrany przez fachowe pismo „Kicker” najlepszym napastnikiem Bundesligi.
Oferty transferowe z innych klubów niemal go zasypały. Ponieważ dobrze mó­wił już po niemiecku – postanowił raz jeszcze, dla pieniędzy zmienić klub w Niemczech, a następnie, u szczytu powodzenia, zakończyć piłkarska, karierę. Tak jak postanowił, tak zrobił. Najpierw przeszedł w 1992 roku do Eintrachtu Frankfurt. Zarabiał tak dobrze, że mógł dowolnie zmieniać ulubione auta, mercedesy. Sportowo powoli jednak tracił, przede wszystkim ze względu na nieubła­ganie płynący czas.

Po trzydziestce musiał zmienić styl gry. Mniej przebojowych rajdów, więcej rozwagi, wyczekiwania na dogodna, okazję. Kibice coraz częściej wygwizdywali niedawnego asa, a na frankfurckim Waldstadionie zdarzały się i bardzo przykre okrzy­ki: „Furtok raus!” – „Furtok wynocha!” Tak było nawet wtedy, kiedy strzelił gola najlepszej europejskiej jedenastce, Juventusowi Turyn w remisowym meczu Eintrachtu w Pucharze UEFA.

Jan Furtok, tak jak najwięksi piłkarze, jak Platini czy Boniek, potrafił odejść u szczytu kariery. Nie rozdrabniał sławy grając coraz gorzej, w coraz lichszych jedenastkach, za coraz marniejsze pieniądze.

W Niemczech nauczył się oszczędności, dlatego o przyszłość nie musiał się już martwić. Wrócił do rodzinnej Kostuchny, tyle że już nie do pokoiku z kuchnia, a pięknego, przez siebie wybudowanego domu.
Całe życie Furtok myślał o pracy z mło­dzieżą, i te plany właśnie spełnia. Sercem oddany jest wciąż katowickiemu GKS-owi. Drużynie, w której błysnął i w której pre­zes Marian Dziurowicz zrobił z niego zawodowca.
Niespełnieniem zostały w karierze Furtoka mecze w reprezentacji. Miał pecha, bo trafił akurat na jej schyłkowy okres. Czy to za kadencji selekcjonera Piechniczka, czy Łazarka, czy Strejlaua. Choć daj Boże taki „schyłek” dziś… Czy nie chcielibyśmy wy­grać w najbliższych eliminacjach mi­strzostw świata z Norwegią? Za reprezentacyjnych czasów Furtoka, w roku 1989 wygraliśmy w Oslo 3:0.
Dwa gole strzelił wtedy Jan Furtok.
Powyższy tekst pochodzi z Artykuł o Janie Furtoku autorstwa Pawła Zarzecznego – Historia Polskiej Piłki Nożnej, album 19-20

Jan Furtok
5 (100%) 1 vote

Comments are closed.