Tomasz Łapiński

W kolorowych latach 90-tych Tomasz Łapiński uchodził, podobnie zresztą jak szkoleniowiec Legii Warszawa Jacek Magiera, zakłady bukmacherskie Superbet za piłkarza nietypowego.

Zamiast rozbijać się po barach, wolał dobrą książkę lub film, pisał wiersze. Zainteresowania rozwijał także po zakończeniu kariery. Zajął się fotografią uliczną, uczęszczając na zajęcia Warszawskiej Szkoły Fotografii, zapisał się do dwuletniego policealnego studium również Warszawskiej Szkoły, ale Filmowej. Ukończył ją pod koniec 2016 roku, reżyserując etiudę „Sąd”.

– Wybrałem drogę bardzo wyboistą, trudną – książkę zacząłem pisać na podstawie scenariusza. Powinienem to zrobić odwrotnie, ale niewiedza sprawiła, że stanąłem do walki. Nie żałuję, chociaż kryzysów nie brakowało – mówi, wpadając na chwilę w zadumę.

Wywiad Tomasza łapinskiego dla Weszło:

  • Kariera z dzisiejszej perspektywy – spełnienie czy niedosyt?

Spełnienie, absolutnie. Mnóstwo wspomnień. Nigdy nie wyznaczałem sobie jakiejś granicy – że koniecznie muszę coś zrobić, by móc mówić o udanej karierze. Przyjmowałem wszystko, co zdarzyło się w moim życiu piłkarskim, z otwartą głową i nie mam w nawet najmniejszym stopniu poczucia niedosytu. Okres w Legii? To już była końcówka, legalny bukmacher SuperBet a kontuzje są nierozłącznie związane z zawodem piłkarza. Ja i tak miałem szczęście, że zdarzyły mi się tak późno.

  • Największe spełnione piłkarskie marzenie?

Nie ma innej opcji – srebrny medal na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie. Wydaje mi się, że to coś na tyle rzadkiego, że nawet nie ma o czym gadać.

  • Największe niespełnione piłkarskie marzenie?

Jest, ale nie wiązałbym tego bezpośrednio z pierwszym pytaniem. Chciałbym mieć możliwość porównania igrzysk olimpijskich z innym dużym turniejem, takim jak mistrzostwa świata. Pobyt na mundialu chciałbym przeżyć, ale z drugiej strony – jeśli miałabym zagrać tam trzy mecze i wrócić do domu, to może i lepiej, że tak się ułożyło. Jeśli już jechać, to po to, by walczyć o podium, zwycięstwo. Ale nie wiem, jak mogłoby być, nie chcę gdybać.

  • Duży transfer zagraniczny, który był blisko, ale nie doszedł do skutku?

Oj, tego było mnóstwo. W okresie, w którym najlepiej grałem – w Widzewie, w Lidze Mistrzów – miałem zatrzęsienie propozycji, ofert. Menedżerowie się do mnie dobijali, ja nie odbierałem od nich telefonów lub ucinałem wszystko błyskawicznie, były też dokumenty podsuwane pod sam nos, tylko do podpisu. Liverpool, Roma, West Ham United – w tamtym okresie miałem naprawdę ogromne możliwości. Ale decyzja była podjęta taka, a nie inna. Mówiłem już kilka razy, z czego wynikała. W dużej mierze ze względu na latanie. Wiedziałem, że jest z tym u mnie problem i to by było po prostu bez sensu. Ale to w pełni świadomy wybór, od zawsze wiedziałem, z czym się wiąże taka decyzja.

  • Najlepszy piłkarz, z którym pan grał?

Przeciwko? W tamtym okresie graliśmy praktycznie ze wszystkimi z czołówki – z Brazylią, Francją, więc ciężko powiedzieć. A razem w drużynie… Też było sporo piłkarzy, których mógłbym wyróżnić. Za Heńka Apostela pod kątem ofensywnym genialnie wyglądał superbet Piotrek Nowak. Uwielbiałem z nim grać, bo to typ piłkarza, przy którym zawsze było do kogo zagrać. Zawsze chciał piłkę, zawsze można było rozegrać wszystko od tyłu. To ogromny komfort dla obrońcy, nie trzeba było bić tej długiej pały, nawet pod pressingiem przeciwnika. Mirek Szymkowiak to też zawodnik tego typu, z którym lubiłem grać. Wiedziałem, że jak mu zagram i wyjdę na pozycję, to on nie spanikuje, odegra i też nie będzie chował się za plecami.

  • Najgorszy trener, który pana trenował?

Chyba Janek Tomaszewski. Jest wspaniałym facetem, świetnym gawędziarzem, był genialnym piłkarzem, być może politykiem też jest niezłym – chociaż ze zmiennymi poglądami – natomiast ławka trenerska to ewidentnie nie miejsce dla niego. Wspominał to w tym cyklu jako swoje największe rozczarowanie i cóż mogę dodać, chyba właściwie. U nas był krótko, ale to, co wymyślał…

Był wtedy młodym człowiekiem, młodym i niedoświadczonym trenerem i chyba za wszelką cenę chciał zabłysnąć innowacyjną myślą trenerską. Pamiętam kilka treningów. Kazał nam na przykład na suchym boisku dośrodkowywać spod linii bocznej, ale nie normalnie, tylko… wślizgiem. Ledwo tocząca się piłka, trzeba się było położyć i dograć w pole karne do napastnika i bramkarza. Oni mieli prawo usnąć, bo te piłki ledwie do nich dolatywały.

A drugi jego wymysł – pamiętam mecz w Mielcu. Wyszło jakoś tak, że wystawił dwóch prawych i dwóch lewych pomocników, tylko zapomniał, że w środku nikogo nie ma… Skończyło się chyba 4-0 czy 4-1, przegraliśmy ten mecz, ale taktyka była dużym ewenementem.

  • Najlepszy trener, który pana trenował?

Wiem, że Franek Smuda jest wyśmiewany i nie jest to trener bezbłędny, ale on ma bardzo fajne podejście pod kątem – nazwijmy to – zmuszenia drużyny do tego, by funkcjonowała dokładnie tak, jak on chce. Chodzi o przemieszczanie się po boisku zagęszczenie, organizację gry. Moim zdaniem to bardzo dobry trener, który – tak jak powiedziałem – jednak popełnił kilka błędów. Podejrzewam, że więcej w późniejszym okresie swojej pracy niż u nas w Widzewie. Wynikło to też z drużyny – my pewne rzeczy sami korygowaliśmy. Żeby było śmieszniej – przed EURO zaliczył taką wpadkę, o którą nigdy w życiu bym go nie podejrzewał. Zdał się na kogoś, za mocno zaufał innym. Wcześniej mu się to w ogóle nie zdarzało, zawsze wszystkie kluczowe decyzje podejmował samodzielnie. Oddał stery od przygotowania fizycznego piłkarzy ludziom, których chyba tak naprawdę do końca nie znał. Do dziś tego nie rozumiem, jak można

było po zakończeniu ciężkiego sezonu, zaserwować piłkarzom tak wymagający okres przygotowawczy. A okres startowy, trzy mecze grupowe rozgrywane są przecież praktycznie w ciągu tygodnia. Kompletnie niezrozumiała decyzja i spada na barki Smudy. Sam ustawił się na z góry przegranej pozycji.

Pod kątem trenerskim dobrym szkoleniowcem dla piłkarzy jest też Orest Lenczyk. Nie jest lubiany przez część osób, bo komunikuje się z zawodnikami w sposób bardzo specyficzny. Czasami jest po prostu nierozumiany, operuje niedopowiedzeniami, piłkarze są czasem zdezorientowani. Natomiast pod kątem trenerskim to człowiek, który ma na uwadze nie tylko osiągnięcie sukcesu sportowego, ale też właściwe poprowadzenie zawodnika pod kątem fizycznym. Tak, żeby się dobrze czuł, żeby go nie przeciążyć, żeby nie zrobić mu krzywdy. To jeden z niewielu trenerów, który właściwie to balansuje. Czasami otoczenie odbiera to źle. Archaiczne metody? To bardzo śliskie określenie. Takie mówienie to w zasadzie brak zrozumienia tematu. Można się śmiać, że to pan od WF-u, ale te proste metody czasami są najbardziej skuteczne. Poziom skomplikowania w tzw. nowoczesnych metodach powoduje, że piłkarz skupia się na trzech rzeczach, a przez to umyka mu samo sedno.

  • Gej w szatni? Spotkał pan takiego chociaż raz?

Mało jest takich piłkarzy, w Polsce chyba w ogóle. Żadnego nie znam. Podejrzenia jakieś tam są, ale nikt się do tego nie przyzna. To tak specyficzne środowisko, że taki piłkarz musiałby szybko i często zmieniać szatnię.

  • Najlepszy żart, jaki zrobili panu koledzy? Kto i gdzie?

Mam problem z tym pytaniem. Generalnie nie robili mi takich żartów, na tyle zawsze byłem zdystansowany. Nie chodzi o to, że się obawiali. Były jakieś śmichy-chichy, kręcenie wąsa, ale jakiegoś większego kawału nie mogę sobie przypomnieć.

  • Najlepszy żart, który wykręcił pan?

Kiedyś wykręciłem taki numer, w sumie przypadkowo wyszło. Jeszcze w Widzewie, gdy jechaliśmy na mecz z Polonią Warszawa. Była taka sytuacja, że autokar, który miał nas wieźć, nie przyjechał. Jak to w Łodzi, pewnie nie zapłacili za wcześniejsze transporty i przewodnik stanął okoniem. Kilka godzin do meczu, więc wsiadamy w swoje auta. Zapakowaliśmy się do samochodu Rafała Siadaczki – ja, Radek Michalski i Andrzej Michalczuk. Chcemy ruszać, ale kierownik krzyczy, że jeszcze dwóch chłopaków nie ma transportu, więc Andrzej wyskoczył, żeby wziąć też swoje auto i ich zawieść.

No i jedziemy do tej Warszawy. Rafał prowadzi, Radek z przodu, ja z tyłu. No i w pewnym momencie – policja stoi z suszarką. Radek od razu postanowił zadzwonić do Andrzeja, który jechał za nami, by go ostrzec. No i czuję, że coś mi wibruje obok, „Rusek” zostawił telefon. Ukradkiem odebrałem połączenie, patrzę w lusterko, a Radek nawija – słuchaj, uważaj, bo tu policja stoi. No i tak gadaliśmy przez pięć minut o pięciu różnych rzeczach, choć siedziałem zaraz za nim. Patrzę na Rafała, ten już nie może ze śmiechu za kierownicą, ja też ledwie się powstrzymywałem, by nie wybuchnąć. A on normalnie skończył rozmowę i jak gdyby nigdy nic – zadowolony ze spełnionego obowiązku. Dopiero później pokładaliśmy się ze śmiechu, do dziś Radek ma pretensje. Oczywiście to taki numer sytuacyjny, trzeba by było być w tym samochodzie…

  • Co kupił pan za pierwszą grubszą premię?

Pamiętam, było to nawet kilka rzeczy. Telewizor Neptun, wielki jak stodoła. Do tego Radio Zodiak. I taki kasetowiec, chyba firmy Unitra. Taka ogromna szafa, za którą można było się chować. Pamiętam, że Paweł Chodakowski się ze mnie śmiał. Był ze mną w sklepie, a to były czasy, w których takich rzeczy w ogóle nie było nie rynku. Przypadkiem trafiliśmy na jakąś dostawę, dosłownie kilka sztuk. Wybrałem jeden, przytarabaniłem go do domu i co… Okazało się, że oczywiście zepsuty. A tak wyczekiwaliśmy na niego, wydawało nam się, że trafiliśmy na prawdziwy rarytas. Już nie pamiętam, co z tym zrobiłem.

  • Najcenniejsza pamiątka z czasów kariery piłkarskiej?

Dwie mam, a w zasadzie trzy. Pierwsza to medal olimpijski, druga i trzecia to blizny – na achillesie i na udzie. Obie po trzydzieści centymetrów. A medal leży schowany w szufladzie, nie robię sobie ołtarzyka. Ostatnio miałem nawet problem, by go znaleźć, ale udało się.

  • Najbardziej wzruszający moment w karierze?

Dwa takie momenty miałem, choć ten drugi nie do końca można nazwać wzruszającym. Po porażce z Eintrachtem, słynnej „dziewiątce”, graliśmy u siebie z Legią. Nigdy nie zapomnę jak wychodziliśmy na rozgrzewkę. Do meczu jeszcze sporo czasu, ale już sporo ludzi było na stadionie. My – jak zbite psy po takim laniu, a kibice zgotowali nam owację. Raz, że było to niespodziewane, a dwa – był to moment, w którym naprawdę odczuwasz wsparcie na niespotykaną skalę. W trakcie meczu – wiadomo – jest doping, ale to inaczej działa. A wtedy nie wiedzieliśmy, co się stanie, równie dobrze mogli zacząć w nas jajkami rzucać, a tu takie przywitanie. To ewidentnie najbardziej wzruszający moment.

A drugi w trakcie finału igrzysk. Ciężko mówić o wzruszeniu, ale po pierwszym czy drugim golu – kompletna cisza na Camp Nou. Szum, szum, szum i nagle BUM!, padła bramka. 90 tysięcy ludzi nagle zamilkło, niesamowite uczucie.

Źródło: Weszlo.com

Tomasz Łapiński
5 (100%) 1 vote

Comments are closed.